Potrzebna lepsza współpraca producentów z florystami
Wielu producentów kwiatów ciętych narzeka na niedostateczny popyt na nie, na zbyt silną konkurencję towaru importowanego, który często, choć gorszej jakości od rodzimego, jest wybierany przez klientów. Wadą naszego rynku są też m.in. konserwatywne upodobania kupujących (choćby stosunek do chryzantem). Palącym polskim problemem są nasilające się „akcje” pt. „Zamiast kwiatów”, których efektem jest masowe zastępowanie bukietów innymi, „pożyteczniejszymi” prezentami, np. podczas ślubów. O tym wszystkich porozmawiałam z Mariolą Miklaszewską – kiedyś producentką, a dziś znaną florystką i właścicielką kwiaciarni, a także działaczką Stowarzyszenia Florystów Polskich, która ma szerokie spojrzenie na krajowy i międzynarodowy rynek kwiaciarski.
Jak to się zaczęło?
– Jest Pani obecnie jedną z najbardziej znanych polskich florystek, ale swoją zawodową drogę zaczynała Pani jako ogrodnik – producent roślin ozdobnych. Jakie były te początki?
Mariola Miklaszewska: Taaak, tę ogrodniczą pasję zaszczepił we mnie ojciec. W moim domu rodzinnym jedliśmy to, co nasza ziemia urodziła. Był to rytuał. Uroda warzyw nie pozostawała nam obojętna i nim trafiły do garnka lub słoików, były podziwiane. Były u nas również kwiaty, pamiętam mnóstwo kolorów: astrów, cynii, kosmosów… Było to ogrodnictwo na maleńką skalę, takie hobbystyczne… Pragnąc uwolnić się od ogrodniczej obsesji, kształciłam się w zupełnie innym kierunku, jednak los chciał mnie w tej branży i trafił mi się mąż ogrodnik. Tak już mi zostało, jak widać…
W naszym gospodarstwie przećwiczyliśmy z mężem produkcję różnych warzyw w gruncie i pod osłonami. Jednak poszukiwaliśmy uprawy o trochę dłuższym okresie wegetacji i tak trafiliśmy na Asparagus. Nasiona były kosmicznie drogie i sfinansował nam je wujek z Anglii. Były tak cenne, że nikogo do nich nie dopuściłam, wysiałam je z nadzwyczajną precyzją – pęsetą, po jednym w maleńkie doniczki, rozmawiając przy tym z nimi i prosząc o gęste wzejścia… Mieliśmy duuużo szczęścia. Kiełkowanie prawie 100-procentowe to rzadkość u tych roślin. Uprawa była trafiona i rosły pięknie, bujnie. Spędzałam z nimi większość mojego czasu… Jednak to był koniec lat 70., więc było ciężko. Węgla nie ma, „chemii” nie ma…, wszystko trzeba było zdobywać cudem. Ale ten czas był dla mnie najprzyjemniejszy. Atmosfera szklarni wynagradzała wszystkie kłopoty. Wystarczyło wejść, pooddychać wilgotnym powietrzem, „złapać” słońce, pogłaskać rośliny…obłęd. Do dziś uwielbiam klimat szklarni.
– Jak to się stało, że zmieniła Pani kwiaciarską specjalność z bardzo „konkretnej” na „artystyczną”?
MM: Był u nas ogród i stale jakoś te kwiaty układałam, czułam je. Rośliny są piękne, to taka naturalna sztuka, pod nosem, za płotem. Zawsze więc u nas w domu stały kwiaty. Przejście z jednej branży do drugiej odbyło się płynnie i naturalnie. A one są ze sobą spokrewnione i jedna z drugiej wynika, wiec nie było to trudne, szczególnie, że interesuję się sztuką od dawna, a na piękno jestem uwrażliwiona od dziecka. W mojej florystycznej działalności ta niezbędna ogrodnikowi rzeczowość i konkret się bardzo przydają, bo florysta tworząc, nie może za daleko artystycznie odfrunąć. Ciągle musi pamiętać o wymagającym tworzywie, jakim są rośliny. Rośliny to nie farby, nie kamień, nie glina…
Ogrodnictwo a florystyka
– Na ile doświadczenia z pracy w gospodarstwie przydają się Pani teraz?
MM: Uczę florystyki już ponad 10 lat i z moich doświadczeń wynika, że florysta, który wywodzi się z ogrodnictwa, ma odrobinę łatwiej. Rozumie i czuje rośliny, na ogół wie o nich wiele, często zna nazwy. To jest już bardzo dużo. Świetny grunt, by uczyć się dalej… Ponadto łatwiej kupować materiał. Od początku mojej kwiaciarskiej kariery umiałam rozpoznać przydatność, trwałość, świeżość roślin. To jest takie trudne do określenia, a ogrodnik ma to we krwi, o wiele więcej wie, dużo wyczuwa intuicyjnie.
– Czy Pani zdaniem polscy producenci, a tym samym dostawcy kwiatów, wystarczająco skutecznie komunikują się z odbiorcami ich towaru, wśród których są floryści, a także właściciele kwiaciarń? Czy, na przykład istnieje współpraca pomiędzy środowiskiem ogrodników a Stowarzyszeniem Florystów Polskich, którego jest Pani wiceprezesem?
MM: No właśnie, tu mamy problem. Sytuacja nie wygląda różowo. W stowarzyszeniu mało jest członków ogrodników. Ogrodnicy nie przychodzą też, mimo zaproszeń, na nasze zebrania. Czy to wynika z nadmiaru pracy, czy z innych przyczyn, tego nie wiem. Jednak uważam, że współpraca jest konieczna. Na tej płaszczyźnie jest wiele do zrobienia. Tylko tak moglibyśmy poprawić sytuację w naszej niezbyt dobrze mającej się branży. Mówiąc o „naszej branży”, mam na myśli branżę ogrodniczo-florystyczną, bo to naczynia połączone i bez współpracy, bez wzajemnego zrozumienia będzie nam bardzo, bardzo ciężko.
Promocja polskich kwiatów
– Czy dobrym modelem promocji kwiatów i dodatków bukieciarskich są pokazy florystyczne z użyciem konkretnych produktów, np. polskiej produkcji róż, anturium, tulipanów itd.? Czy w efekcie ma znaczenie fakt, że materiały pochodzą z krajowych gospodarstw, czy też udaje się jedynie popularyzować kwiaty poszczególnych gatunków?
MM: Na naszych szkolnych i moich osobistych pokazach podkreślamy polskie pochodzenie roślin. Polscy ogrodnicy są wspaniali, mają ogromną wiedzę i pasjonują się tym, co robią i na dodatek z wielu względów mają trudniej niż producenci z krajów o łagodniejszym klimacie. Trzeba sobie wzajemnie pomagać i taka promocja rodzimego towaru jest konieczna. Ponadto nie mija się z prawdą twierdzenie, że w produkcji wielu rodzajów roślin nasz kraj się specjalizuje, a nawet wyróżnia. Mamy genialną produkcję cebulowych – tulipanów, lilii… Nasza „rabatówka” jest doskonała, znana i ceniona także za granicą. I mamy świetnych „anturiarzy”, choć anturium to przecież ciepłolubna roślina, a nasz klimat… No, ale to tylko dowodzi wiedzy, determinacji i uporu producentów.
– Czy dla typowego rodzimego florysty, który na przykład wykonuje bukiety ślubne, ważne jest, skąd wywodzi się materiał używany do kompozycji (z naszego kraju, z Holandii, z Kenii, z Ekwadoru…?), czy też liczy się tylko gatunek, moda, cena?
MM: Przede wszystkim liczy się jakość. Nasza branża jest branżą luksusową, bo kwiaty uważane są za luksus. Dlatego dla dobrego klienta kwiaciarni cena nie jest ważna, w każdym razie 2 złote w jedną lub w drugą stronę często nie grają roli. Klient chce piękny pąk, z pięknymi liśćmi. Trwałość to sprawa drugoplanowa, ale nie do zbagatelizowania. Zatem trwałość, moda i cena to sprawy drugiego planu, najważniejsza jest jakość. Chociaż wiadomo, że trwałość i cena na ogół idą w parze. Kenia i Ekwador to kraje, w których produkowane są ciekawe, piękne róże i lubię je bardzo. Jednak do naszych polskich nie da się ich porównać, właśnie ze względu na trwałość. Przypuszczam, że droga, jaką muszą pokonać, warunki transportu i inne podobne czynniki wpływają na jakość niekorzystnie. Ponadto jednak importerzy kwiatów nie sprowadzają na polski rynek towaru najwyższej jakości. Sądzę, że kupują towar słabszy i to się czuje. Bywam w kwiaciarniach moich przyjaciół florystów w Niemczech, Holandii, krajach skandynawskich. W ich kwiaciarniach giełdowe kwiaty wyglądają zupełnie inaczej, o niebo lepiej niż w naszych. Oni kupują najlepszy towar i nie da się go porównać do tego, co do nas jest sprowadzane, dlatego, na razie polskie rośliny w naszych kwiaciarniach wygrywają, jeśli chodzi o jakość.
Jednak cały czas prowadzi się badania nad przedłużaniem trwałości kwiatów, udoskonala warunki transportu, kto wie, co się wkrótce zdarzy. Trzeba być czujnym.
Krajowe czy z importu?
– Jakie jest główne źródło pochodzenia materiałów, po które na co dzień sięgają floryści?
MM: W moich zakupach przeważa towar polski. Zdecydowanie ponad 50 % materiału wykorzystywanego przeze mnie w szkole i w mojej kwiaciarni jest polskiego pochodzenia. Wynika to z mojego wyboru, ale też z tego, że ogrodnicy zabiegają o nas, bo jesteśmy dobrym, dużo kupującym klientem, z potencjałem reklamowym. Mam z ogrodnikami umowy, mam rabaty. Tu współpraca działa korzystnie dla obu stron. Ja jestem zadowolona, bo mam świeży, pierwszej jakości towar, ogrodnik ma zapewnionego odbiorcę i na dodatek z reklamą w pakiecie. Przez szkołę i moje kursy przewija się bardzo wielu polskich florystów. Mój przypadek jest jednak dość wyjątkowy. Wiem natomiast, że wielu florystów korzysta z towaru holenderskiego. Importerzy prężnie działają, rozwożą towar po kwiaciarniach, docierają sprawnie do odbiorcy. Firm importujących przybywa i są to coraz częściej bardzo mocne podmioty gospodarcze, z holenderskimi korzeniami. Coraz więcej towaru sprzedaje się przez Internet, a giełdy pomaleńku pustoszeją. I jak sadzę, to zjawisko w najbliższym czasie będzie się pogłębiać. Floryści coraz częściej rezygnują z zakupów na giełdach i rynkach hurtowych na rzecz Internetu. Powód, oprócz ceny i wygody, jest jeszcze jeden. Giełdy i hurtownie nadal wpuszczają na zakupy klienta detalicznego. Ma on takie same prawa jak florysta, posiadacz kwiaciarni. Cała florystyczna branża jest z tego niezadowolona. Nieliczni sprzedawcy hurtowi doliczają klientom detalicznym jakiś symboliczny procent, co jest niewystarczające. Bojkot giełd i tych nielojalnych w stosunku do florysty hurtowni będzie się nasilał. Kwiaciarze, floryści przechodzić będą coraz częściej na zakupy internetowe, do których „detal” nie ma dostępu.
– Które polskie produkty (kwiaty cięte, dodatki bukieciarskie) są najczęściej wykorzystywane przez współczesnych florystów? Czy jakość, trwałość kwiatów z polskiej produkcji jest na ogół zadowalająca z punktu widzenia florysty? Czy są takie, których mogłoby być więcej na rynku?
MM: Jak sądzę pierwszeństwo należy się tulipanom, liliom. Dużo wykorzystujemy polskich alstremerii, sporo rodzimych róż. Chyba dobrze sobie radzą polscy producenci kwiatów sezonowych, takich jak lewkonie, słoneczniki, mieczyki czy chryzantemy, szczególnie te wielkokwiatowe, gdyż większość polskich kwiaciarń kupuje polskie chryzantemy. Jak mniemam, polscy ogrodnicy doskonale zgłębili też tajniki produkcji eustomy. Ta polska jest mocna i trwała, po prostu bezkonkurencyjna. Coraz więcej jest na naszym rynku, z czego się cieszę niezmiernie, polskiej produkcji kwiatów bylin ogrodowych, takich jak krwawniki, tawułki, a także jednorocznych cynii, astrów, żeniszków. Natomiast chyba spada produkcja polskich goździków (pamiętamy je jako „socjalistyczne kwiaty), bo jest ich coraz mniej na rynku i mają jakość, która pozostawia wiele do życzenia. Tu kruchość, łamliwość jest największym problemem, dlatego floryści wolą te mocne goździki z Holandii, Ekwadoru. Jeśli chodzi o to, czego mi brakuje: marzyłabym o oryginalnych dodatkach ciętych, takich jak np. powojniki, męczennice, nikandra miechunkowa (Nicandra physaloides), Cardiospermum trawy ogrodowe… Na razie korzystam ze swojego ogrodu, sieję, sadzę i zbieram, kiedy potrzebuję. Jednak nie każdy florysta ma takie możliwości, dobrze byłoby mu pomóc w zdobyciu ciekawych, oryginalnych roślin, bo te dodatki często powodują odmienność stylu, wyróżniający się wizerunek kwiaciarni. Klient detaliczny też coraz częściej poszukuje naturalnego piękna, uroku polskiej wsi, łąki. To taki powrót do korzeni.
Trendy
– Jakie kwiaty, dodatki są obecnie w modzie? Skąd się biorą trendy dotyczące popularności poszczególnych gatunków?
MM: Popularne jest to, co jest promowane, demonstrowane na pokazach, w Internecie, w mediach, co lansują projektanci, trendsetterzy. Pobudzony impulsem florysta przenosi nowe wzory – techniki, to, czego się nauczył, co podpatrzył – na swój grunt, czyli do kwiaciarni, „wychowuje estetycznie” swojego klienta, uczy go, pokazuje, co ładne, co się pięknie prezentuje na stole, na ślubie, na firmowym bankiecie. Klienci to wówczas polubią, będą kupować. Popularne jest też zazwyczaj to, co wybiorą na swoje uroczystości prominenci, ludzie show biznesu. Wystarczy, że popularna aktorka do ślubu wybierze cantedeskie i fala ich popularności rusza – wtedy wszystkie panny młode chcą „kallę”, króluje ona w dekoracjach ślubnych. Oczywiście w Holandii działają firmy, zrzeszenia producentów promujące konkretny kwiat, lub całą grupę roślin, np. rośliny cebulowe, jest świetnie działająca inicjatywa „Stars for Europe” – popularyzująca poinsecje w kilkunastu krajach UE.
Nad trendami pracują również stowarzyszenia florystów w różnych krajach. Prężnie działająca FDF – Federacja Niemieckich Florystów – po debatach z grupą czołowych florystów kraju opracowuje trendy, oficjalnie prezentuje je i ogłasza jako obowiązujące na nadchodzący rok na targach IPM w Essen, najważniejszych dla naszej branży. Również Biuro Kwiatów Holandia przez wiele, wiele lat ogłaszało dla florystyki trendy światowe w Essen. Było to dla branży zawsze wielkie wydarzenie.
– Czy wciąż używa się we florystyce głównie kwiatów, czy też coraz ważniejszą rolę pełnią dodatki?
MM: Są kwiaciarnie, które nie używają zieleni i dodatków, a sprzedają tylko kwiaty. Tu bukiety są obfite i kolorowe, i na ogół bardzo drogie. Mniejsza jest ich oryginalność, bo jest to jednak jakieś ograniczenie. Dotyczy to jednak niewielkiej grupy florystów. Znaczna większość to wielbiciele roślin, polujący na giełdach na te smaczki ogrodowe, które sprawiają, że kompozycje są wyjątkowe. Dzięki temu twórcy są w stanie pokazać swoje florystyczne możliwości, swą kreatywność.
Jak sobie radzić z przeciwnościami?
– Jak, według Pani powinna branża ogrodnicza we współpracy z florystami zapobiegać szerzącym się zwyczajom zastępowania kwiatów czymś innym, zwłaszcza przy okazji ślubów. Innymi słowy, jak przeciwdziałać akcjom „Zamiast kwiatów”?
MM: Jest to jeden z naszych aktualnych, palących problemów. Współpraca branż ogrodniczej i florystycznej może w tym pomóc. Potrzebujemy obopólnego zrozumienia, jakieś platformy, która umożliwi nam dialog i współpracę. Potrzebujemy spotkań, rozmów, działania. Póki każdy zamknięty będzie w swoim biznesie, póty nic się nie zmieni. Tylko grupą można coś zdziałać, bo wtedy jest moc. W Holandii o tym dobrze wiedzą, dlatego prężnie działają stowarzyszenia, a producenci zrzeszają się w grupy producenckie. Tak łatwiej coś wywalczyć, łatwiej promować kwiaty, zabiegać o ich obecność w mediach, odpierać ataki przeciwników kwiatów, zapobiegać bojkotom kwiatów na ślubach, a także pogrzebach. Dziś robi to Stowarzyszenie Florystów Polskich. Potrzebujemy jednak nowych członków, potrzebujemy w swoich szeregach ogrodników. Razem zdziałamy więcej.
Kolejnym olbrzymim problemem, o którym już wspominałam, wpływającym na osłabienie branży jest sprzedaż kwiatów przez ogrodników w gospodarstwach i na giełdach detalicznym klientom. Jest to zjawisko powszechne, bardzo negatywnie wpływające na pozycję ekonomiczną kwiaciarń. Ta trudna sprawa wymaga pilnej interwencji, porozumienia…
– Czy jest szansa, żeby chryzantemy, które reprezentowane są przez wyjątkowe bogactwo odmian i kolorów kwiatostanów (w tym naprawdę zielony), przestały być w Polsce „kwiatami cmentarnymi”?
MM: Jestem przekonana, że tu rozwiązaniem będzie edukacja florystyczna. Musimy się uczyć, rozwijać, pobudzać swą kreatywność. Wiedza i zdobyte umiejętności pozwolą nam na wiele ciekawych sposobów wykorzystywać rośliny, nawet te nielubiane, te z socjalistyczną przeszłością lub te z jakąkolwiek złą sławą. Wtedy ośmielimy się łamać stereotypy. A gdy poczujemy się silnym profesjonalistą, będziemy bardziej wiarygodni, zyskamy siłę i dar przekonywania, będzie nam łatwo sterować sprzedażą. Bez trudu przekonamy swojego klienta, że zielona chryzantema to wyjątkowo urokliwa roślina na każdą elegancką okazję, bo przecież chryzantemy (nie tylko) złociste, (nie tylko) w kryształowym wazonie, stoją (nie tylko) na fortepianie….
– Dziękuję za rozmowę
Jest to pełny zapis wywiadu opublikowanego w dziale „Ważne rozmowy” dwumiesięcznika „Pod Osłonami” 6/2014, który jest już dostępny w wydawnictwie Hortpress






