Nie tylko o goździkach
Zbliża się 8 marca – Dzień Kobiet. A wraz z nim „przypominamy sobie” o goździkach krajowej produkcji, które wtedy są najbardziej widoczne na naszym rynku. Są też inne powody, dla których warto porozmawiać o tych kwiatach – i poruszyć przy okazji kilka innych, ważkich dla branży roślin ozdobnych tematach. Poniżej wywiad z prof. Leszkiem Orlikowskim z Instytutu Ogrodnictwa, znającym się nie tylko na goździkach.
Przez długi czas, jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku goździki produkowane na kwiaty cięte królowały na polskim rynku roślin ozdobnych pod względem produkcji, sprzedaży, eksportu. Potem straciły popularność. Są symbolem przemian w rodzimym kwiaciarstwie, ostatnio uzmysłowionych przez smutną okazję. Była nią śmierć Profesora Kazimierza Mynetta, który – pracując w Instytucie Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach – dużą część życia poświęcił właśnie goździkom (https://www.podoslonami.pl/odszedl-profesor-kazimierz-mynett-1931-2014/). Warto przypomnieć, jak to kiedyś było i co z tego wynika dziś. O refleksje poprosiliśmy prof. dr. hab. Leszka Orlikowskiego, kiedyś współpracownika prof. Mynetta i przez 5 lat szefa Zespołu Zakładów Badawczych Roślin Ozdobnych w ISK (obecnie Instytut Ogrodnictwa).
– Profesor Mynett zorganizował dział kwiaciarski w skierniewickim instytucie na początku lat 70. Wtedy producentów roślin ozdobnych postrzegano jako ludzi niezasłużonego sukcesu, bogaczy, a więc tworzenie takiej jednostki naukowej, podległej resortowi rolnictwa, mogło być ryzykowne. Jak to się stało, że się powiodło?
Leszek Orlikowski: To niewątpliwa zasługa ówczesnego dyrektora instytutu – prof. Szczepana Pieniążka, który znalazł argumenty na potrzebę powołania takiego działu. Był to również okres dużych zmian w kraju i nadziei, że Polska będzie się szybko rozwijać, a do poprawiania jej wyglądu konieczne są rośliny ozdobne. Myślę, że ważnym atutem były Szklarniowe Kombinaty Ogrodnicze, pobudowane w pobliżu wielkich miast, produkujące, oprócz warzyw, także kwiaty. Dla uzyskiwania dochodów z tej produkcji potrzebna była pomoc jednostek badawczych, w tym instytutu.
– Pan jako fitopatolog, przez długi czas i bardzo dokładnie zajmujący się ochroną goździków przed chorobami, współpracował z prof. Mynettem, który był dla ogrodników autorytetem w dziedzinie uprawy tych roślin…
LO: Był bardzo aktywny i chętnie utrzymywał kontakty z ludźmi; producenci przyjeżdżali do niego do ISK – często wówczas dzwonił do mnie, abym pomógł w rozwiązaniu problemu związanego z ochroną. Wyjeżdżał też na spotkania odbywające się w Stacjach Hodowli Roślin Ogrodniczych, pełnił tam rolę konsultanta, nie tylko do spraw goździków. Był zapraszany na szkolenia przez SITO, Związek Ogrodniczy, a także na lokalne spotkania producentów – w Częstochowie, Warszawie czy Łodzi. Wygłosił setki wykładów, ale szczególnie utkwiły mi w głowie te dotyczące goździków.
Pamiętam, jak wspólnie organizowaliśmy w Skierniewicach seminaria na temat produkcji sadzonek goździków, zagrożonych zwłaszcza przez fuzariozę naczyniową. Najważniejsze było zminimalizowanie występowania choroby i ustalenie kryteriów odpowiedzialności producentów za jakość sadzonek. Obok właścicieli gospodarstw prywatnych, uczestniczyli w tych spotkaniach również dyrektorzy kombinatów ogrodniczych oraz SHRO. Zawsze też brały w nich udział przedstawicielki Ministerstwa Rolnictwa – panie Teresa Ostaszewska i Zofia Domańska.
Notabene podległe ministerstwu gospodarstwa ogrodnicze (jak SHRO) zajmowały się wówczas także hodowlą nowych, polskich odmian, w tym roślin ozdobnych. W naszym instytucie, w pierwszych kilkunastu latach rozwoju jego działu kwiaciarskiego, hodowla była bardzo istotna. Profesor Mynett i jego współpracownicy prowadzili hodowlę gatunków cebulowych oraz goździków, gerbery, skrętnika i alstremerii.
– Pracuje Pan w instytucie od 1976 roku. Czym przede wszystkim zajmowali się kiedyś naukowcy-„kwiaciarze”, których zadaniem było wdrażanie do praktyki rozwiązań przydatnych producentom? Jak wyglądała współpraca z ogrodnikami?
LO: Wspomniałem już o hodowli nowych odmian, których oczekiwali od nas producenci kwiatów. Główne badania dotyczyły jednak opracowania technologii uprawy, m.in. goździków, gerber i róż w szklarniach i tunelach foliowych. Bardzo ważna była jakość produkowanych kwiatów, w dużej mierze uzależniona od ich ochrony. Import sadzonek goździków i gerbery z Europy Zachodniej spowodował bowiem zawleczenie do kraju 2 bardzo groźnych patogenów glebowych, tj. Fusarium oxysporum f. sp. dianthi i Phytophthora cryptogea. Powodowały one straty dochodzące niekiedy do kilkudziesięciu procent. Należało możliwie jak najszybciej opracować i wdrożyć do produkcji metody minimalizacji ich występowania. W przypadku róż chodziło z kolei o metody ochrony przed mączniakami – rzekomym i prawdziwym oraz czarną plamistością. Bardzo istotne było również zminimalizowanie zagrożenia chryzantem przez rdzę białą (Puccinia horiana). Kluczowe stało się opracowanie całego programu ochrony roślin ozdobnych.
Uzyskane z badań dane przekazywaliśmy producentom na licznych seminariach, organizowanych w okresie późnojesienno-zimowym oraz na ogólnopolskich „Zjazdach Kwiaciarzy”. Przyjeżdżało bardzo wielu ogrodników z całego kraju i naukowców z uczelni. Towarzyszyła temu ożywiona dyskusja, która przeciągała się i przenosiła na spotkania prywatne.
Był to również okres, kiedy z różnych firm zachodnioeuropejskich zaczęto do Polski importować materiał wyjściowy do produkcji sadzonek goździków. Zorganizowaliśmy więc 2 konferencje, na których prelegenci z Zachodu zaprezentowali nowe odmiany goździków, w tym te z odpornością na fuzariozę naczyniową. Poza tym odpowiadałem omal codziennie na telefony producentów sadzonek i kwiatów, a także na listy.
– A jak jest teraz? Czym różnią się obecni producenci kwiatów i innych roślin ozdobnych od swoich kolegów działających w latach 80. i 90.? Jak zmieniły się
wyzwania, jakie stoją przed ogrodnikami, oraz ich kontakty z naukowcami?
LO: Przede wszystkim zmniejszyła się drastycznie liczba producentów goździków i innych roślin uprawianych na kwiat cięty. Związane jest to głównie z konkurencją, jaką stanowią kwiaty importowane z krajów pozaeuropejskich, często o wyższej jakości niż krajowe i tańszych. Wpływa na to głównie ich uprawa w warunkach bardziej sprzyjających rozwojowi roślin. Zmieniły się również wymagania polskich odbiorców. Pozytywny jest jednak ponowny wzrost zainteresowania goździkami – kwiatami ciętymi. Cieszy fakt, że obok bezpośredniego importu ukorzenionych sadzonek, mamy w Polsce gospodarstwa zajmujące się ich produkcją na miejscu. Zmieniły się zagrożenia goździków przez patogeny. Jest mniej problemów z fuzariozą naczyniową, ale pojawiła się rizoktonioza, której nie notowaliśmy w latach 1970-1990.
Jeśli chodzi o ogólne zmiany w asortymencie roślin ozdobnych pod osłonami: ogrodnicy wprowadzili do uprawy storczyk falenopsis, głównie jako roślinę doniczkową, a niektórzy zamiast szparaga (Asparagus) uprawiają np. cymbidium na kwiat cięty. Przybyło gospodarstw produkujących anturium doniczkowe, natomiast zmniejszyła się znacznie uprawa tej rośliny na kwiat cięty. Dobrą opinią w zachodniej Europie cieszą się nasi ogrodnicy ukorzeniający sadzonki roślin doniczkowych i rabatowych dla określonych odbiorców. Wskazuje to na coraz większe powiązania ogrodnictwa zachodnioeuropejskiego z Polską i docenianie umiejętności naszych kwiaciarzy. Cieszy również produkcja, często na bardzo dużą skalę, poinsecji, pelargonii, pierwiosnka i bratków.
Niepokoi natomiast powszechny brak kontynuowania tradycji rodzinnych dotyczących uprawy roślin ozdobnych. Zdarza się coraz częściej, że dzieci nie przejmują gospodarstw po rodzicach, uważając, że produkcja kwiaciarska jest bardzo ciężką pracą, nieprzynoszącą odpowiednich profitów.
– Wracając do krajowej produkcji goździków, warto przypomnieć, że powierzchnia ich uprawy wynosiła u nas w latach prosperity około 400 ha, pod koniec lat 90. – około 60 ha, a obecnie szacuje się ją na około 10 ha. Co, Pana zdaniem będzie dalej?
LO: W produkcji roślin ozdobnych bardzo istotne są koszty ponoszone na ogrzewanie obiektów. Goździki są roślinami o niskich wymaganiach, co sprawia, że wielu producentów uprawia je w tunelach foliowych i starych szklarniach. Na rynku mamy dużo nowych odmian, atrakcyjniejszych aniżeli przed 30, 40 laty. Wielu ludzi chce nadal kupować goździki. Oznacza to, że produkcja ta będzie się rozwijała. To są rośliny, z których dość szybko uzyskuje się pieniądze, w porównaniu z uprawą storczyków czy anturium. Do goździków powracają ogrodnicy z okolic Warszawy, Łodzi i Częstochowy. Uważam, że instytut powinien służyć im pomocą, ale powstaje pytanie – kto?
– O goździkach można więc rozmawiać optymistycznie, zwłaszcza przed Dniem Kobiet, kiedy popyt na te kwiaty gwałtownie rośnie. I wtedy właśnie najpopularniejsze są tradycyjne, wielkokwiatowe, czerwone goździki. Ale w pozostałych okresach roku nie jest już tak łatwo ze zbytem…
LO: Oglądając telewizję, zwykle wczesnym rankiem, przy śniadaniu, dostrzegam bardzo liczne reklamy, powtarzające się wielokrotnie w ciągu dnia, uważam, że należy się to również kwiatom, w tym goździkom. Powinniśmy pokazywać ludziom walory goździków, poczynając od ich niskiej ceny, poprzez piękno, po ich trwałość.
– Proces „przenoszenia” produkcji kwiatów ciętych poza Europę, a zwłaszcza poza jej chłodniejszą część, do której należymy, jest jednak nieodwołalny. I właśnie z cieplejszych krajów – często via Holandia – importowana jest większość kwiatów goździka sprzedawanych w polskich kwiaciarniach. Obecnie goździki uprawiane pod osłonami to w „naszym świecie” domena basenu Morza Śródziemnego – głównie Włoch (400 ha) i Hiszpanii, a także Turcji (350-400 ha) – dla porównania: w Holandii produkcja ta zajmuje około 15 ha. Ale prawdziwym liderem jest Kolumbia z 1100 hektarami upraw! Jak skomentowałby Pan te przemiany?
LO: Widziałem uprawy goździków w kilku wymienionych przez Panią krajach. Uprawia się je w tunelach lub wysłużonych przez lata szklarniach, podobnie jak i u nas. Ale wyprodukowanie tych kwiatów w Polsce, przez naszych ogrodników nie jest kosztowniejsze aniżeli tam. Jest to tylko problem mobilizacji i integracji. „Wspólnymi siłami można zdziałać cuda”.
– Są też jednak działy kwiaciarstwa, które się rozwijają – oprócz tych, które już Pan wspomniał, jest to np. pędzenie tulipanów. Co jeszcze mogłoby pozostać polską specjalnością?
LO: Jeśli myślimy o kwiatach ciętych, wymieniłbym niewątpliwie eustomę i wspominane wielokrotnie goździki. Z pozostałych – rośliny balkonowe i rabatowe, ze wskazaniem na pelargonie i bratki, ale również dzwonek (Campanula) do uprawy w skrzynkach i na rabatach. Z pewnością producenci nie zrezygnują z chryzantem i poinsecji. Do czasu, kiedy koszty robocizny w Polsce będą niższe niż w zachodniej Europie, mamy duże szanse na produkcję ukorzenionych sadzonek albo półproduktów na eksport.
– Co mogłoby poprawić współpracę „nauki” z „praktyką” dziś, w czasach, którymi rządzi rynek, fundusze, prawa wyłączności – w tym także do wyników doświadczeń finansowanych z określonego, komercyjnego źródła, i gdy rośliny ozdobne nie należą już absolutnie do państwowych priorytetów?
LO: Cieszyliśmy się kiedyś, że w Polsce zaczęły powstawać grupy producentów roślin ozdobnych, mając nadzieję, że wygospodarują one również środki na zlecanie określonych badań w instytucie. Na razie jednak nie pojawiły się takie możliwości.
Jeśli chodzi o współpracę z „praktyką”, widzę szczególną potrzebę wspomagania fachowego produkcji w małych gospodarstwach, szczególnie w zakresie ochrony. Przykładem może być uprawa eustomy, którą dziesiątkują co najmniej 3 groźne patogeny. Pojawiają się nowe problemy z patogenami inwazyjnymi, których nie mieliśmy w kraju jeszcze przed mniej więcej 20 laty.
– Jak chciałby Pan podsumować nasze rozważania?
LO: Nie wierzę w pesymistyczne prognozy – w to, że przestaniemy uprawiać rośliny ozdobne lub drastycznie ograniczymy ich produkcję, gdyż stałoby to w sprzeczności z rozwojem gospodarczym Polski. Zazielenione i ukwiecone siedziby firm, a także miasta i wsie są bardzo dobrym wskaźnikiem naszego rozwoju.
– Dziękuję za rozmowę.
Jest to pełny zapis wywiadu opublikowanego w dziale „Ważne rozmowy” dwumiesięcznika „Pod Osłonami” 1/2015, który jest już dostępny w wydawnictwie Hortpress







